Z dużym smutkiem przyglądam się protestom w sprawie przebiegu drogi S11 w okolicy Lublińca, których echa docierają do mnie poprzez media społecznościowe. To jeden z wielu przykładów braku poszanowania przyrody i krótkowzrocznego spychania jej na dalszy plan, co – w przypadku „sukcesu” protestujących – w bliższej lub dalszej perspektywie odbije się czkawką wszystkim. A przykro mi tym bardziej, że sprawa dotyczy moich rodzinnych stron.
Jeśli również poruszy Was ta historia, to do 20 czerwca możecie wyrazić swoją opinię w konsultacjach (nie trzeba mieszkać w Lublińcu): https://lubliniec.eu/aktualnosc/konsultacje-spoleczne-dotyczace-planowanej-trasy-drogi-s11
Dorastanie w Lublińcu było pod pewnymi względami wyzwaniem, szczególnie zimą. Położony w obniżeniu terenu, zimowymi wieczorami gromadził w sobie zawiesisty smog. Po powrocie ze spaceru włosy i ubrania śmierdziały dymem. Już jako studentka, na jednym z wykładów na temat zanieczyszczenia powietrza usłyszałam od prowadzącej anegdotkę o studentach, którzy po przeprowadzce do Krakowa zaczynali często chorować na infekcje dróg oddechowych. U mnie przeprowadzka zadziałała odwrotnie – regularne infekcje skończyły się jak ucięte nożem. Najwyraźniej krakowski smog był mniejszy niż lubliniecki.
Ale oprócz smogu mieliśmy wokół Lublińca piękny las. Jak się popatrzy na mapy Google, to widać, że można sobie z Lublińca praktycznie lasem przejść do lotniska w Pyrzowicach. W części lasu będącej jeszcze w granicach miasta są ścieżki spacerowe, plac zabaw i inne atrakcje, i spędzałam tam – ja i inne lublinieckie dzieci – mnóstwo czasu. Zawsze to była jakaś zdrowsza alternatywa dla wdychania miejskiego smogu, zresztą kontakt z naturą i zielenią sam w sobie wpływa pozytywnie na zdrowie, to udowodnione naukowo. W tych lasach zresztą poczyniłam sporo swoich pierwszych obserwacji przyrodniczych, które nawet dzisiaj, z perspektywy kilkunastu lat bycia zawodowym biologiem, uważam za ciekawe.
I teraz wracamy do teraźniejszości i planów budowy drogi S11. W okolicy Lublińca było kilka wariantów. Jeden z nich przebiega po śladzie już istniejącej drogi. Oczywiście nie wystarczy po prostu puścić nią większej liczby samochodów, będzie wymagała przebudowy. Jednak jest to wariant najmniej ingerujący w środowisko przyrodnicze, w tym piękne lublinieckie lasy, i ten wariant został zarekomendowany przez RDOŚ w Katowicach. Można powiedzieć – gdzie wady? Otóż okazuje się, że część mieszkańców Lublińca woli inny wariant, który omija istniejącą drogę, za to przecina lasy, fragmentując ekosystem, zagrażając mieszkającym tam zwierzętom (w tym tak rzadkim jak sóweczka czy włochatka) i ciekom wodnym.
Rozumiem, że powiększenie istniejącej drogi nie jest niczym przyjemnym, szczególnie dla osób, które mieszkają blisko niej albo regularnie przez nią przechodzą na przykład w drodze do pracy. Budowa nowych dróg zawsze jest uciążliwa i niesie za sobą negatywne skutki. Ale w tym przypadku mamy albo zamianę drogi na większą drogę, albo dobudowanie drogi i przy okazji rozwałkę cennego kawałka przyrody. Wśród przeciwników drogi biegnącej po istniejącym śladzie można usłyszeć lekceważące wypowiedzi na temat przyrody („znowu ważniejsza niż człowiek!”), sów („przecież się gdzieś przeniosą”)… I o ile rozumiem, że nie każdego interesują sowy, płazy, rzadkie gatunki roślin (chociaż nie podzielam tego braku zainteresowania), to dlaczego jesteśmy tak mało świadomi, że puszczając kolejną drogę przez las będziemy, nomen omen, podcinać gałąź, na której siedzimy?
O wspomnieniach z dzieciństwa pisałam nie bez powodu. Jakość naszego środowiska (w tym zanieczyszczenie powietrza, ale nie tylko) ma ogromne znaczenie dla naszego dobrostanu. Las wokół Lublińca nie jest tylko ozdobą, a czymś, co jest potrzebne jego mieszkańcom, nawet jeśli oni sami nie zdają sobie z tego sprawy. Pocięcie lasu drogami nie spowoduje, że będzie w mniejszych kawałkach, ale taki sam. To, co zostanie, też się zmieni. Przyroda zubożeje (część gatunków potrzebuje większych terytoriów), zmiana stosunków wodnych może pociągnąć za sobą zaostrzenie i tak już problematycznych susz, a las będzie gorzej filtrował nasz smog. Być może nie zauważymy zmian od razu… a może po prostu nie skojarzymy, że to skutek naszych działań.
Żaden wariant S11 koło Lublińca nie jest pozbawiony wad. Trzeba wybrać najmniejsze zło, to nie ulega wątpliwości. Trzymam kciuki, żeby w czasie podejmowania decyzji nie wyrzucono z równania przyrody, bo jeśli w równaniu zabraknie tego elementu, to i wynik nie będzie prawidłowy.
Na zdjęciu ważka (jeśli ktoś chce podpowiedzieć gatunek, to zachęcam), uchwycona na jednej z moich licznych wycieczek w okolicy Lublińca.


Dodaj komentarz