Rozczarowała mnie ta książka. Nie dlatego, że jest bardzo zła, przeciwnie – dlatego, że ma potencjał, który moim zdaniem nie został w pełni ujawniony przez drobne, ale liczne błędy i niedociągnięcia. O tym, że błędy się zdarzają i trudno ustrzec się od nich całkowicie, przekonałam się niejeden raz i z perspektywy czytelniczki, i autorki. Jednak tutaj było ich jak na mój gust zdecydowanie za dużo, co więcej, można było tego dość łatwo uniknąć, gdyby na książkę przed wydaniem spojrzał ktoś od dzikich pszczół. Gdyby nie to, „Życie pszczół” polecałabym Wam jako solidną, godną polecenia pozycję, jakiej brakowało w polskojęzycznej literaturze na temat pszczół.

Książka „Życie pszczół. Historia niezwykłych owadów” Christiny Grozinger i Harlanda Patcha została wydana przez PWN i jest tłumaczeniem z angielskiego (tytuł oryginału to „The lives of bees. A natural history of our planet’s bee life”). Kupiłam jedną i drugą, żeby móc porównać tłumaczenie z oryginałem. I dobrze zrobiłam, bo mogłam sprawdzać genezę zauważonych błędów. Znalazłam zarówno takie, które były już w oryginale, jak i takie powstałe w tłumaczeniu. Ale zanim do nich przejdę, to parę słów o pierwszym wrażeniu, które było bardzo dobre. Obie książki są w formacie zbliżonym do A4, w porządnej, twardej oprawie. Polska wersja jest odrobinę większa i wydaje mi się, że ma też nieco lepszą jakość druku zdjęć. A tych w książce jest mnóstwo i są piękne. Jeśli lubicie albumy, to warto kupić „Życie pszczół” choćby i dla samych ilustracji.

Treść też można pochwalić. Książka jest przekrojowa, opisuje chyba wszystkie najważniejsze zagadnienia z życia pszczół. Opisy ewolucji, biologii czy zagrożeń przeplatają się z portretami wybranych gatunków z całego świata. Widać, że autorzy wykonali wielką pracę, bo odwołują się do mnóstwa badań naukowych (choć zwykle nie cytują konkretnych artykułów – szkoda, bo wtedy można by było zajrzeć do źródła po więcej informacji, ale rozumiem, to w końcu nie książka naukowa, a popularnonaukowa). Duża część informacji pojawiających się w książce była mi oczywiście znana, ale dowiedziałam się z niej również nowych rzeczy, a pewne fragmenty zachęciły mnie do pogrzebania i zgłębienia tematu we własnym zakresie.
Ale tak jak pisałam na wstępie, zdarzają się błędy. Część pojawia się już w oryginalnym wydaniu. Należą do nich źle podpisane gatunki na niektórych ilustracjach. Na przykład pszczoła na stronie 57 zapewne rzeczywiście jest murarką, ale na murarkę kolczastą (Osmia spinulosa) mi nie wygląda. Tutaj plus dla polskiego wydania, że poprawiono literówkę w nazwie łacińskiej, która zaplątała się do oryginału. Na str. 110 mamy wprawdzie miesierkę, ale nie lucernówkę, jak została podpisana. Na str. 159 w lepiarkę wiosenną wciela się pszczolinka napiaskowa (Andrena vaga), z kolei pszczoła ilustrująca sylwetkę smuklika rdzawonogiego na str. 207 ma charakterystyczne dla pszczolinek, a niewystępujące u smuklików, zagłębienia twarzowe na głowie. Pseudosmuklik dwie strony dalej nie wygląda mi na ten gatunek, który jest wymieniony w podpisie (o co akurat trudno mi mieć pretensje, bo oznaczanie pseudosmuklików, w szczególności samców, a to właśnie samiec jest na zdjęciu, do łatwych nie należy). Trzmiel na str. 265 to nie ziemny, bardziej wygląda mi na gajowego.

Również w treści pojawiają się różne drobne nieścisłości, które raczej nie mają wielkiego znaczenia dla całokształtu książki, chociaż mnie nieco irytują. Na przykład na stronie 11 wspomniano, że u pszczół samotnic samica „broni gniazda”. Bez uściślenia, przed kim go broni, czytelnik nieobeznany ze zwyczajami pszczół może wywnioskować, że samica może użądlić człowieka w obronie gniazda tak jak na przykład pszczoła miodna. Tymczasem samotnice owszem, bronią gniazd przed intruzami ich wielkości, na przykład pszczołami pasożytniczymi (chociaż i to nie zawsze), ale atak na intruza wielkości człowieka to wielka rzadkość. Na stronie 14 wspomniano, że w hotelu dla owadów należy regularnie wymieniać materiał gniazdowy, żeby wyeliminować choroby. Nie jestem zwolenniczką takiego podejścia, bo przy tej okazji można też „wyeliminować” pasożyty gniazdowe, będące naturalną częścią bioróżnorodności, czy nawet część niepasożytniczych gatunków pszczół i os. Na stronie 24 wspomniane są „wyspecjalizowane płytki” znajdujące się na odwłoku samic (ale nie samców) gatunków ziemnych i pomagające w kopaniu gniazda. Jeśli dobrze się domyślam, to chodzi o płytkę pygidialną, która jednakowoż z jednej strony nie jest cechą wszystkich ziemnych gatunków (nie mają jej na przykład lepiarki), a z drugiej – może występować również u samców (np. u niektórych porobnic). Na stronie 254 napisano, że „zmniejszona różnorodność roślin kwitnących na obszarach miejskich i rolniczych oznacza, że przetrwać mogą jedynie gatunki pszczół generalistów, które mogą się żywić na różnych gatunkach kwiatów”. O ile rzeczywiście specjalistki pokarmowe z opisanego powodu mają trudniej, to nie oznacza to jeszcze, że w miastach i na obszarach rolniczych nie znajdziemy ich w ogóle. To wszystko nie są jednak rzeczy, które jakoś dyskwalifikowałyby książkę, a raczej takie, o których można by podyskutować.
Przejdźmy do tłumaczenia. To jest coś, co najbardziej zniechęciło mnie do tej książki. Muszę zaznaczyć, że wyobrażam sobie, że tłumaczenie takiej książki nie było łatwe. Miałam okazję niedawno spróbować swoich sił w tłumaczeniu pewnego dość specjalistycznego tekstu o pszczołach i niejednokrotnie miałam spory problem, jak przełożyć takie czy inne wyrażenie. Większość specjalistycznej literatury jest w języku angielskim i część terminów czy nazw gatunków po prostu nie ma swoich polskich odpowiedników. Jednak dużej części zauważonych przeze mnie błędów dałoby się moim zdaniem łatwo uniknąć, gdyby w procesie korekty brała udział osoba specjalizująca się w dzikich pszczołach.

Wiele gatunków opisanych w książce nie ma polskich nazw i zostały one, z konieczności, wymyślone. Są one oznaczone cudzysłowiem i bardzo mi się ten zabieg podoba – można szybko odróżnić je od tych, które funkcjonują już w naszym języku. Bardzo dobrą rzeczą jest też jednoczesne podawanie łacińskich nazw gatunków – dzięki temu dociekliwy czytelnik ma możliwość sprawdzenia, o jaki dokładnie gatunek chodzi. Niestety, w tych przypadkach, gdzie polskie nazwy istnieją, w tłumaczeniu dzieje się źle. Podam tylko wybrane przykłady, bo opisywanie wszystkiego, co zauważyłam, wydłużyłoby ten wpis ponad wszelką przyzwoitość.
Zacznijmy od jednego z pierwszych działów, „Pszczele rodziny”, gdzie omówiony jest podział taksonomiczny. Mamy tam na przykład taki fragment: „Rodzina Apidae. Największa rodzina pszczół długojęzyczkowych (…) obejmująca najbardziej znane pszczoły, takie jak pszczoły miodne, trzmiele i pszczoły murarki.” Murarki?! Tak określa się rodzaj Osmia, czasem również Hoplitis, a oba zaliczają się nie do pszczołowatych (Apidae), a do miesierkowatych (Megachilidae). Co ciekawe, są też wymienione w opisie tej właśnie rodziny: „Rodzina Megachilidae. Pszczoły długojęzyczkowe – murarki lub liściarki.” No to do jakiej w końcu rodziny należą murarki? I kim, u licha, są liściarki? Odpowiedź znajdziemy w oryginale. W rodzinie Apidae wymienione są „honeybees, bumble bees and carpenter bees”, a więc miodna i trzmiele się zgadzają, ale te trzecie pszczoły to nie murarki, a zadrzechnie i rożyce. Z kolei w rodzinie miesierkowatych wymienione są „mason and leafcutter bees”, czyli murarki i miesierki. Angielska nazwa tych ostatnich nawiązuje do wycinania fragmentów liści, co praktykuje wiele przedstawicielek rodzaju. „Liściarki” byłyby niezłym tłumaczeniem, gdyby nie to, że polska nazwa już istnieje i ma się dobrze. W rozdziale o pszczelich rodzinach znajdziemy też wzmiankę o „gatunkach ogólnolubnych”. Myślę, że „generalist species” (chodziło o generalistki pokarmowe) dałoby się jakoś zgrabniej przetłumaczyć.

Czasami odkrywałam w tłumaczeniach dość dziwną niekonsekwencję – ten sam termin był tłumaczony różnie, raz poprawnie, innym razem nie. Wspomniane „liściarki”, czyli miesierki, są tego przykładem. W dalszej części książki są określane „misierkami” i „miesierkami”, zdarza się też, że wymieniona jest tylko nazwa łacińska. W rozdziale o rozmnażaniu pszczół rureczkowate struktury w jajniku samic są na tej samej stronie raz tłumaczone (poprawnie) jako owariole, innym razem jako… jajowody. Co jest tym dziwniejsze, że przez to z opisu drogi przebywanej przez jajo wynika, że idzie ono z jajowodu do jajowodu. Na stronie 58 rysunek przedstawia „corbiculate bee”. „Corbiculate bees” to pszczoły, u których do zbierania pyłku służy koszyczek (a nie szczoteczka) na tylnej nodze, czyli pszczoły miodne, bezżądłowe, storczykowe i trzmiele. W książce zostało to przetłumaczone jako „pszczoła zbierająca pyłek”, co wprowadza niestety w błąd, gdyż pyłek zbiera też mnóstwo pszczół nieposiadających koszyczków. Czytając opis tego rysunku, pomyślałam, że zgrabniej byłoby przetłumaczyć to określenie jako „pszczoły koszyczkowe”. I dokładnie to sfromułowanie pojawia się zaledwie cztery strony dalej. Dlaczego nie użyto go w obu miejscach? A skoro o konsekwencji mowa, to pszczoły bezżądłowe (melipony) są z kolei konsekwentnie przez całą książkę tłumaczone jako „pszczoły bezżądłe”. Niby wiadomo o co chodzi, ale pierwszy raz spotykam się z tą wersją nazwy.
Trochę irytujące jest dla mnie używanie określenia „osy” w odniesieniu do wszystkiego, co kryje się pod angielskim określeniem „wasps”, czyli również grzebaczy czy gąsieniczników. Nie mogę tutaj rzucić kamieniem, bo sama dawniej nazywałam grzebacze osami, ale jednak w książce wydanej przez PWN przydałoby się trochę więcej precyzji. Dobór ilustracji też swoją drogą mógłby być lepszy – tutaj już problem leży po stronie oryginału – na str. 23, gdy mowa o przodkach pszczół, bardziej pasowałby właśnie grzebacz, a nie nieco dalej spokrewniona, bo należąca do nadrodziny osowatych (Vespoidea) jakaś (chyba) kopułka. W rozdziale o żądłach używane są zamiennie określenia „użądlenie” i „ukąszenie”. W mowie potocznej obu tych określeń (i jeszcze trzeciego – „ugryzienie”) używa się często niezależnie od tego, czy owad dosięgnął nas żądłem, czy aparatem gębowym. Od książki popularnonaukowej oczekiwałabym jednak większej precyzji.

W obliczu licznych wymyślonych na potrzeby książki nazw gatunków, jest mi trochę smutno, że istniejące polskie nazwy niektórych gatunków zostały z kolei pominięte. Na przykład Bombus campestris, czyli trzmielec żółty, jest w podpisie do ilustracji na str. 196 określony „trzmielem” (i to pomimo że na tej samej stronie wprowadzone jest określenie „trzmielec”). W innych miejscach angielska nazwa własna bywa tłumaczona tak, jakby nią nie była. „Green-eyed flower bee” została przetłumaczona jako „zielonooka porobnica chabrówka”. Chodzi o Anthophora bimaculata, po angielsku nazywaną Green-eyed flower bee, a po polsku – porobnicą chabrówką. Z kolei Aethina tumida to po angielsku small hive beetle, a po polsku bywa określany „żuczkiem ulowym” bądź „małym chrząszczem ulowym” (to ostatnie jest dosłownym tłumaczeniem nazwy angielskiej). W „Życiu pszczół” występuje on jednak pod nazwą… małego chrząszcza Aethina tumida.
Trafiłam też na fragment, któremu tłumaczenie zmieniło sens. W oryginale – ropuchy były w ramach eksperymentu karmione trzmielami, którym usunięto żądła, a polska wersja w mojej ocenie sugeruje, jakoby trzmiele podawane ropuchom tych żądeł ze swojej natury nie posiadały. Ale oceńcie sami.


Są też pojedyncze problemy natury edycyjnej, w rodzaju zamienionych miejscami podpisów do ilustracji. Dosłownie pojedyncze, bo wyłapałam trzy. Pierwszy wita nas już na samym wstępie i muszę przyznać, że niesamowicie mnie ubawił. Popatrzcie na tę grafikę i jej podpis:


Widzicie tam gdzieś tę Perdita minima? Ja nie. Czyżby była tak mała, że po prostu jej nie widać? Spójrzmy do oryginału…

Tutaj Perdita bez wątpienia jest obecna. Co się stało? Moja robocza hipoteza jest taka, że ktoś pomyślał, że najmniejsza pszczoła świata to jakiś paproch, i go po prostu wygumował.
Jak widzicie, błędy nie są zasadniczo jakieś bardzo poważne, ale sprawiają wrażenie, że książka przeszła zdecydowanie zbyt pobieżną korektę przed puszczeniem jej do druku. Jeśli chcielibyście się zaopatrzyć w polskie wydanie i uważacie, że przydałaby Wam się pełniejsza niż w tej recenzji lista zauważonych przeze mnie rzeczy do poprawki, dajcie znać. Jeżeli taką chęć wyrazi więcej osób, to skompiluję i udostępnię Wam swoją prywatną erratę 🙂
Na koniec tradycyjnie podrzucam linki do stron wydawców – tutaj polskie tłumaczenie wydane przez PWN, a tutaj oryginał wydany przez Princeton University Press.

Dodaj odpowiedź do paula fruuczaki Anuluj pisanie odpowiedzi