Kiedy zaczniemy zagłębiać się w temat koszenia, możemy czuć się nieco zagubieni. Z jednej strony, coraz częściej możemy usłyszeć, że należy kosić mniej. Z drugiej – możemy natknąć się na informacje o negatywnych skutkach… zaniechania koszenia. Wbrew pozorom, nie ma tu sprzeczności, a wszystko zależy od kontekstu. Koszenie samo w sobie nie jest złe albo dobre. Trzeba je traktować jak zabieg, który powinien być stosowany w określonych okolicznościach, z określoną częstotliwością i w określony sposób.

Do czego służy przyrodzie koszenie?
Gdybyśmy przestali kosić czy w inny sposób użytkować łąkę, pole uprawne. pastwisko czy murawę, w polskich warunkach w większości przypadków zaczęłyby one zarastać krzewami, drzewkami, aż w końcu po latach wyrósłby las. Innymi słowy, nastąpiłaby sukcesja. Siedliska łąkowe i murawowe nie utrzymują się zwykle w naszym klimacie same z siebie. Jeśli łąka zarośnie, to gatunki związane z siedliskiem łąkowym nie będą mogły już tam żyć. Ponieważ chcemy chronić bioróżnorodność, to niekoniecznie chcielibyśmy, żeby wszystkie tereny zielone zarosły nam lasem – wolelibyśmy mieć mozaikę różnych siedlisk. Dlatego koszenie czy wypas powinien być okresowo stosowany w siedliskach o charakterze otwartym, łąkowo-murawowym, żeby sukcesję powstrzymać. Wystarczy to robić w bardzo ograniczonym zakresie w porównaniu z tym, co znamy z pielęgnacji miejskich trawników – koszenie raz w roku, a nawet co kilka lat, mało intensywny wypas (tzn. z małą liczbą zwierząt na powierzchni, żeby nie wyjadły zbyt dużo roślin i nie zadeptały gleby), i w razie potrzeby karczowanie krzaczków, które już zdążyły wyrosnąć.
Dawniej koszenie i wypas realizowano nie po to, żeby utrzymywać bioróżnorodność, tylko po prostu potrzebowano karmić zwierzęta – latem je wypasano, a zimą karmiono zebranym sianem. Obecnie tradycyjna gospodarka odchodzi do przeszłości i coraz częściej ludzie rezygnują z koszenia i wypasu, a łąki i pastwiska zarastają. W przypadku miejsc cennych przyrodniczo prowadzi się programy, w których płaci się za koszenie w odpowiednich terminach lub dopłaca do ekstensywnego wypasu, byle tylko zachować te siedliska.

Koszenie w miastach – co za dużo, to niezdrowo
W miastach mamy zazwyczaj zupełnie odwrotną sytuację niż opisana wyżej. Dominuje zieleń, która jest pielęgnowana. W ogrodach, parkach miejskich, na poboczach dróg czy skwerach nie dopuszcza się do wyrośnięcia wysokiej roślinności, zamiast tego kosi się regularnie. Zapobiega to oczywiście zarastaniu krzewami czy drzewami, ale powoduje problem odwrotny. Zbyt często koszona roślinność nie jest w stanie odrosnąć przed kolejnym koszeniem, nie mówiąc o zakwitnięciu i wydaniu nasion. Brak kwiatów i nasion oznacza brak pokarmu dla mnóstwa gatunków, które czerpią z nich pokarm – zapylaczy i ziarnojadów. Część roślin w ogóle nie wytrzymuje miejskiego reżimu koszenia, więc takie miejsce staje się uboższe gatunkowo, co może powodować problemy również dla roślinożerców potrzebujących do życia konkretnych gatunków. Warto pamiętać, że nie wszystko, co zielone, ma takie samo znaczenie w świecie przyrody – nie da się zastąpić jednego gatunku rośliny jakimkolwiek innym. W niskiej trawie trudniej też się ukryć. W wypadku bardzo intensywnego koszenia, w tym prowadzonego w czasie suszy i upałów, nawet najbardziej odporne rośliny przestają dawać sobie radę. Można wtedy zobaczyć wystające spod spalonej słońcem trawy placki gołej ziemi.
W niektórych miastach podejmuje się decyzje o ograniczeniu koszenia dla dobra przyrody. Wyznaczane są do tego miejsca, w których rzadsze koszenie nie będzie przeszkadzało mieszkańcom, na przykład fragmenty parków miejskich. Zdarza się, że zostawia się takie miejsca koszone raz w roku lub nawet co kilka lat, i jest to z punktu widzenia przyrody optymalna częstotliwość. Jednak wciąż jest to swego rodzaju nowość i jak na razie miejskim parkom, ogrodom i trawnikom problemy związane z zarastaniem, nakreślone wcześniej, nie grożą.
Problemy zbyt rzadkiego koszenia mogą pojawiać się również w miastach, ale nie będą dotyczyć typowych terenów zurbanizowanych, zagospodarowanych i utrzymanych, ale np. kompleksów łąk czy muraw. Tak, tego typu miejsca również zdarzają się w granicach administracyjnych miast. W Krakowie mamy taki przykład na Ruczaju i w Kostrzu, gdzie cenne „modraszkowe” łąki wilgotne nie są koszone i zarastają, między innymi inwazyjną nawłocią, która przyspiesza ten proces. Jednocześnie, jeśli spojrzymy zaledwie kawałek dalej, na tereny osiedli, zobaczymy zbyt gorliwie koszone trawniki.

Koszenie jako mała katastrofa
Koszenie, nawet jeśli w danym czasie i miejscu jest niezbędne dla utrzymania danego ekosystemu, jest dla organizmów tam żyjących małą katastrofą. Rośliny tracą swoje części naziemne, które z trudem wyprodukowały i które będą musiały odbudować. Owady i inne drobne organizmy tracą schronienie oraz źródło pokarmu. Przez pewien czas, dopóki roślinność nie odrośnie, skoszona powierzchnia będzie o wiele gorszym miejscem do życia niż była wcześniej. Czy znaczy to, że należy mimo wszystko zaniechać koszenia niezależnie od okoliczności? Oczywiście, że nie. Długofalowe korzyści przeważają nad krótkotrwałym zaburzeniem. Poza tym są sposoby na to, by złagodzić skutki koszenia dla żyjących w danym miejscu zwierząt.
Nawet jeśli dane miejsce potrzebuje skoszenia, nie musimy robić tego jednocześnie na całej powierzchni. Jeśli połowę skosimy jednego dnia, a resztę – za parę tygodni, kiedy roślinność na pierwszej połowie nieco odrośnie, to owady przez cały ten czas będą miały miejsca do żerowania i ukrycia się. Wiele gatunków drobnych zwierząt jest bardzo mało mobilnych. Pszczoły potrafią latać, więc mogłoby się wydawać, że znalezienie innego miejsca do żerowania nie będzie dla nich problemem. Jednak w czasie zaopatrywania swojego gniazda nie oddalają się od niego i często poszukują pożywienia w promieniu – w zależności od gatunku – kilkuset, a nawet zaledwie kilkudziesięciu metrów.
Koszenie powierzchni kawałkami, w różnych terminach, ma też tę zaletę, że może pomóc zadbać o potrzeby gatunków, dla których optymalne jest koszenie w różnych terminach. W kwestię terminów nie będę się tutaj zagłębiać, wspomnę tylko, że zwykle dobrze robi przyrodzie opóźnienie terminu pierwszego koszenia, tak by rośliny zdążyły zakwitnąć i zawiązać nasiona – stąd popularne hasło „no mow may”, zachęcające do odłożenia pierwszego koszenia w miastach do czerwca.
Jeśli kosimy jedną powierzchnię kilkukrotnie w czasie sezonu, to warto pozostawiać jej część bez ingerencji – za każdym razem pozostawiając inny fragment, tak by koniec końców utworzyła się mozaika miejsc o różnej wysokości roślinności. Poniższa ilustracja pokazuje przykłady takiego właśnie sposobu koszenia.

Niezależnie od tego, jak często kosimy, nie powinniśmy robić tego w czasie suszy, upałów ani kiedy prognozowane jest ich nadejście. Wyższa pokrywa roślinna pomaga zatrzymać wodę, obniżyć temperaturę przy ziemi i stworzyć korzystniejszy mikroklimat, dzięki czemu rośliny mają większą szansę przetrwać suszę. Z podobnych powodów warto zawsze kosić nieco wyżej od ziemi, np. pozostawiając roślinność wysoką na kilkanaście centymetrów.
O tym, jakie mogą być korzyści z rzadszego koszenia w miastach, możecie przeczytać tutaj (klik).

Szczególny przypadek – inwazja obcych
Wspomniałam wyżej o nawłoci kanadyjskiej, późnej i innych gatunkach inwazyjnych, które mogą zarastać łąki i murawy. Jest to problem dla bioróżnorodności, bo gatunki inwazyjne wypierają dzikie rośliny z ich siedliska. W przypadku niektórych gatunków (inwazyjne nawłocie do nich należą) dobrą metodą ich zwalczania jest częste koszenie. Na powierzchni zajętej przez nawłoć może być konieczne zwiększenie częstotliwości koszenia ponad tę optymalną dla „niezajętej” przez nią łąki. Powtarza się ten zabieg do momentu, aż pozbędziemy się nawłoci, a później można wrócić do rzadszego (ale regularnego) wykonywania tego zabiegu.
Jak widać, nie ma jednego prostego przepisu na koszenie. Jeśli chcecie kosić w sposób jak najbardziej przyjazny przyrodzie, musicie przyjrzeć się naszemu siedlisku i zastanowić, jakie podejście będzie mu najbardziej sprzyjać. W miastach często konieczny (i jak najbardziej możliwy!) jest też kompromis pomiędzy ochroną bioróżnorodności i różnymi funkcjami spełnianymi przez dany teren, na przykład rekreacyjną.
Jeśli chcecie poczytać więcej o utrzymywaniu miejskich „łąkowych” terenów, to pod linkiem znajdziecie krótki poradnik na temat zakładania i utrzymania miejskich łąk kwietnych. Można w nim znaleźć informacje nie tylko o łąkach specjalnie wysiewanych, ale również o takich, które powstaną, jeśli ograniczymy koszenie. I takie właśnie łąki kwietne, złożone z dzikich, lokalnie występujących roślin, są najlepsze – polecam zamianę trawników w tego typu siedliska!

Dodaj komentarz