Kiedy chcemy jednym wyrażeniem określić owady odwiedzające kwiaty i mogące je zapylać, takie jak pszczoły, motyle, przedstawiciele muchówek, chrząszczy i wielu innych, często mówimy o „owadach zapylających” lub „zapylaczach”. Sama często używam tego określenia w odniesieniu do pszczół. Jak to często w przyrodzie bywa, rzeczywistość jest jednak skomplikowana i określenie „zapylacze” nie zawsze pasuje do tak nazywanych owadów.
Zapylenie to proces przeniesienia pyłku na słupek kwiatu, dokonane w obrębie jednego gatunku. Jest to pierwszy etap na drodze do powstania nasion (pomijam tutaj przypadki jak ten, kiedy zapylenie nie jest konieczne do powstania nasienia, a także zapylanie kwiatów pyłkiem innego, choć spokrewnionego gatunku, bo i takie rzeczy się w przyrodzie zdarzają). Niektóre rośliny puszczają swój pyłek na wiatr, i ten dryfuje w powietrzu, osiadając na słupkach kwiatów innych roślin, a przy okazji na wszystkim, co napotka po drodze. Inne korzystają, wyłącznie lub w części, z usług przenoszących pyłek zwierząt, czyli właśnie zapylaczy (w Polsce to niemal wyłącznie owady, na świecie są to też przedstawiciele innych grup).

Owady odwiedzają kwiaty w różnych celach. Dla samic pszczół jest to stołówka – zbierają z kwiatów pyłek i nektar. Zazwyczaj zakłada się, i to nie tylko potocznie, ale często jest to również założenie stosowane dla uproszczenia w badaniach, że odwiedziny kwiatu powinny skutkować jego zapyleniem. Poszczególne gatunki różnią się skutecznością, jedne zapylają z większą, inne z mniejszą efektywnością. Żeby doszło do zapylenia, musi zostać spełniony szereg warunków, na przykład pszczoła musi odwiedzić kilka kwiatów tego samego gatunku, aby przenieść pyłek z jednego na drugi, a także wolne ziarna pyłku muszą znajdować się na jej ciele i być gotowe do odczepienia się i spadnięcia na słupek (co nie jest tak oczywiste, bo samice dość dokładnie czyszczą się z pyłku i upychają go w szczoteczkach lub koszyczkach, a czasem, jak u pszczoły miodnej i trzmieli, jeszcze sklejają go tam nektarem).

Sprawa jest jednak jeszcze bardziej skomplikowana. Część odwiedzin kwiatów nie może skutkować przeniesieniem pyłku, gdyż nie dochodzi do kontaktu owada z organami rozrodczymi rośliny. Tak się dzieje na przykład w sytuacji rabowania nektaru. Dochodzi do niego w przypadku kwiatów o mniej lub bardziej rurkowatych kielichach, które mają nektar głęboko w swoim wnętrzu i do których większe pszczoły o krótkich języczkach mogą nie być w stanie sięgnąć. Niektóre pszczoły, na przykład trzmiel ziemny czy sześciozębny, wygryzają dziurki u podstawy kwiatu i wtykają tamtędy swój języczek, prosto do nektarników. Z tak wygryzionych dziurek korzystają nie tylko one, ale również przedstawiciele gatunków niepotrafiących zrobić takich dziurek samodzielnie – na przykład pszczoła miodna.


Innym przypadkiem odwiedzin kwiatu bez zapylenia jest ten, kiedy pszczoła jest bardzo mała w stosunku do kwiatu, i jest w stanie wejść do wnętrza i wypić nektar, omijając pylniki i słupek. Ponieważ nie dotyka tych części kwiatu, nie przenosi pyłku i nie bierze udziału w zapyleniu.

Ponieważ patrząc na odwiedzającego kwiat owada, często nie jesteśmy w stanie stwierdzić bez dokładniejszych badań, czy faktycznie zapyla roślinę, pojawiła się propozycja, żeby zamiast określenia „pollinators” (zapylacze) używać „flower visitors”, które jest bardziej precyzyjne, jeśli mówimy o gatunkach odwiedzających kwiaty. W ten sposób nie wykluczamy dokonywania zapylania przez obserwowane owady, ale nie zakładamy też, że to robią – sprawa pozostaje otwarta.

Czy gość kwiatowy, który nie zapyla, jest kimś gorszym od zapylacza? Absolutnie nie. Po pierwsze, wszystkie dzikie pszczoły i inne owady odwiedzające kwiaty są częścią bioróżnorodności, która jest wartością samą w sobie, ale też mają w przyrodzie różne funkcje, nie tylko tę jedną jedyną – zapylanie. Po drugie, zapylanie to nie sprawa zerojedynkowa, ale całe spektrum od bardzo skutecznego zapylania do jego braku, poprzez zapylanie mniej efektywne. Co ciekawe, jeden i ten sam gatunek może być mniej lub bardziej ważnym zapylaczem dla tego samego gatunku rośliny, w zależności od tego, czy w środowisku obecni są inni, optymalni zapylacze. Jeśli ich nie ma – to gatunki, które w innych warunkach byłyby wręcz „złodziejami” pyłku, mogą stać się kluczowe dla rozmnażania rośliny. Również fakt rabowania nektaru nie świadczy o tym, że gatunek nie robi dla rośliny nic dobrego. Przykładem niech będzie opublikowana w zeszłym roku praca o Andrena lathyri – pszczolince ściśle związanej z wyką i groszkiem, która rabuje kwiaty, by dostać się do nektaru, ale jednocześnie zapyla je w trakcie zbierania pyłku, przez co summa summarum jest dla swoich roślin pokarmowych skutecznym zapylaczem.

Dodaj komentarz