Gatunki obce i inwazyjne to temat, o którym pisałam niejednokrotnie w swoim drugim wcieleniu ( Pod kreską ) i o którym pisze wiele osób, w tym lepszych speców ode mnie w tym temacie. Jednocześnie jest to temat, z którym wciąż jest związanych sporo nieporozumień, niedomówień, wiele osób nie do końca wierzy naukowcom, widać to choćby w komentarzach w mediach społecznościowych i w tym, jakie kłótnie tam się zdarzają. Dlatego pomyślałam, że nie zaszkodzi od czasu do czasu o tym napisać
nawet jeśli to, co napiszę, nie będzie odkrywcze czy było mówione wiele razy wcześniej.
Czym są tak w ogóle gatunki obce? Definicja jest dość prosta – są to gatunki, które zostały na dany obszar sprowadzone przez człowieka. Sprowadzenie mogło być celowe (na przykład dlatego, że dany organizm był w jakiś sposób użyteczny, albo miał walory estetyczne) bądź przypadkowe (jeśli na przykład nasiona rośliny zawieruszyły się w bagażu albo zostały przyniesione na butach, bądź jakiś zwierzak został zabrany jako woda balastowa statku – mówimy wtedy o zawleczeniu).

Część takich przybyszów (bynajmniej nie wszystkie) ucieka do środowiska naturalnego i potrafi się w nim utrzymać, a nawet rozmnażać. Spośród nich, niektóre radzą sobie tak dobrze, że mogą zagrażać organizmom rodzimym, tym, które już w danym miejscu są. Na przykład mogą z nimi konkurować (i wygrywać) o pokarm czy schronienie, zjadać je lub pasożytować na nich. Negatywne oddziaływanie może być też subtelniejsze. Zdarza się, że rodzime gatunki zarażają się od przybysza chorobą, na którą on jest względnie odporny, ale która dla nich będzie dużym zagrożeniem. Takie gatunki obce, które negatywnie oddziałują na bioróżnorodność, nazywamy inwazyjnymi gatunkami obcymi (często używany jest w odniesieniu do nich skrót – IGO). Są one uznawane obecnie za jedno z największych zagrożeń dla bioróżnorodności.
No dobrze, definicje definicjami, ale być może czytając powyższe akapity nabieracie wątpliwości – na przykład, jaka jest właściwie dla przyrody różnica, czy gatunek przybył na dany teren sam, w naturalny sposób kolonizując nowe obszary, czy też został przywieziony przez człowieka? Jedno i drugie zdarzenie skutkuje pojawieniem się w danym miejscu nowego przybysza, z którym dotychczasowi rezydenci muszą nauczyć się żyć, i który może wchodzić z nimi w różne, także negatywne, interakcje. To prawda, zmiany zasięgów gatunków, pojawianie się na nowych terenach, a czasami nawet spektakularne „przeskakiwanie” dużych odległości zdarzają się w przyrodzie i zdarzały się zawsze, niezależnie od człowieka i jego działalności. Człowiek nie wynalazł zasadniczo czegoś zupełnie nowego, ale, co dość kluczowe, zmienił skalę tych zdarzeń. W naturze zazwyczaj migracja gatunku na nowe tereny jest powolna. Trzeba się fizycznie przemieścić w nowe miejsce, założyć populację, rozmnożyć i tak dalej. To zazwyczaj trwa i lokalna przyroda ma więcej czasu na dostrojenie się do przybysza. Są też naturalne bariery, które mocno utrudniają lub wręcz uniemożliwiają migracje – morza, oceany, rzeki, łańcuchy górskie czy po prostu duże tereny niesprzyjającego danemu gatunkowi siedliska. Pewne miejsca są bardziej izolowane niż inne – na przykład wyspy, albo niepołączone ze sobą odległe zbiorniki wodne. Miewają one w związku z tym dość specyficzną faunę i florę, wrażliwą na wszelkie zmiany w składzie zamieszkującej je ekipy – po prostu dlatego, że w ich historii ewolucyjnej takie zmiany były jeszcze rzadsze niż gdzie indziej. Oczywiście, „skoki” przez bariery geograficzne też się zdarzają – gdyby nie one, to na wielu wyspach nie byłoby życia po dziś dzień – jednak to bardzo rzadkie wypadki i dotyczą zazwyczaj pojedynczych osobników. Z kolei dla człowieka podróże na dalekie odległości to nic wielkiego. Wsiadamy w samolot i pyk, tego samego dnia jesteśmy na innym kontynencie, a razem z nami mogą się przemieścić zwierzęta czy rośliny – i to niekoniecznie pojedynczy „szczęśliwcy”, ale całkiem liczna reprezentacja, której o wiele łatwiej będzie skolonizować nowy teren. Spytacie, co to za różnica, czy gatunek wykonał „skok” dzięki człowiekowi, czy nie, skoro tak czy inaczej jest to możliwe. Czy gatunek, któremu udało się dostać na spektakularną odległość bez naszej pomocy, nie może wyrządzić szkód w przyrodzie tak jak gatunek inwazyjny? Jasne, może. Może nawet doprowadzić do wymarcia jakichś gatunków. Co więcej, wymieranie gatunków samo w sobie to naturalny proces, w historii ziemi gatunki wciąż wymierały i się tworzyły, nie tylko w czasie wielkich wymierań. Ale tutaj znów – problemem jest skala. Nasze obawy o bioróżnorodność, mówienie o „szóstym wielkim wymieraniu” wynikają nie z tego, że jakieś gatunki wymierają, ale z tego, że wymierają w bardzo szybkim tempie (warto zaznaczyć – z wielu powodów, gatunki inwazyjne są jednym z nich). Gdyby człowiek nie „pomagał” w przemieszczaniu gatunków, przybysze zapewne byliby jednym z wielu elementów odwiecznego procesu zmian zasięgów, wymierania i tworzenia gatunków. Człowiek sprawia, że ci przybysze przestali być rzadką ciekawostką, a wymiana gatunków między kontynentami stała się czymś na porządku dziennym.

Nie zawsze jesteśmy pewni, czy jakiś gatunek jest obcy, czy rodzimy – po prostu nie wiemy, jak znalazł się na naszym terenie. Jest to czasem podnoszony argument na to, że mówienie o gatunkach obcych jest bez sensu
Ale to, że nie zawsze jesteśmy w stanie dobrze zbadać jakieś zjawisko, nie znaczy, że ono nie istnieje. Dany gatunek będzie obcy, jeśli został sprowadzony przez człowieka, nawet jeśli o tym nie wiemy, albo myślimy, że występuje u nas naturalnie – lub odwrotnie. Są też sytuacje niejednoznaczne z samej swojej natury. Weźmy zmiany klimatu, które, jak środowisko naukowe się obecnie zgadza, są efektem działalności człowieka. Jeśli dany gatunek migruje o własnych siłach, ale umożliwiają mu to zmiany klimatu, to jest rodzimy, czy też obcy? Człowiek wprawdzie nie przeniósł go fizycznie, ale trudno się nie zgodzić, że ma w tym rozprzestrzenianiu swój udział. Według definicji, którą przyjęli specjaliści od bioróżnorodności, takich gatunków nie uznaje się za obce. Nie znaczy to, że te naturalne migracje w związku ze zmianami klimatu nie mogą mieć negatywnego wpływu na bioróżnorodność – ocieplenie klimatu powoduje naprawdę szybkie zmiany w przyrodzie, z licznymi konsekwencjami, których, jestem przekonana, jeszcze nie jesteśmy w pełni świadomi. Wiemy, że sprawa jest poważna, tylko nie wiemy, jak bardzo. Ale to osobny temat.
To, że nie wszystkie gatunki obce sprawiają obecnie problemy, czasem usypia naszą czujność. Jednak warto pamiętać o kilku rzeczach. To, że dany gatunek teraz nie wykazuje wpływu na przyrodę, nie znaczy, że nie zacznie tego robić w przyszłości. Poza tym, trudno jest przewidzieć, który z dziś sprowadzonych gatunków stanie się inwazyjny (gdyby tak się dało, to sprowadzalibyśmy sobie tylko te bezpieczne i nie byłoby takiego wielkiego problemu, nie? Chociaż wciąż pozostałyby przypadkowe zawleczenia, których nie da się tak łatwo uniknąć). A kiedy organizm już ujawni swój inwazyjny potencjał, to bardzo ciężko się go ze środowiska pozbyć.

Co z tym fantem zrobić? Przede wszystkim, warto być świadomym problemu, bo negowanie go nikomu nie pomoże. A zaraz na drugim miejscu – warto zapobiegać. To tańsza, skuteczniejsza i ogólnie mniej problematyczna alternatywa dla walki z gatunkami obcymi już po fakcie. Zapobieganie też nie jest tak całkiem proste, bo przypadkowo zabrać pasażera na gapę – choćby nasionka przyczepione do buta czy owada w bagażu – w trakcie podróży jest łatwo, ale jeśli będziemy zwracać na to uwagę i, co ważne, darujemy sobie sprowadzanie na przykład egzotycznych roślin ozdobnych do ogrodu, to już będzie duży krok naprzód. Walka z gatunkami obcymi i inwazyjnymi jest nie tylko kosztowna i czasochłonna. Powoduje również dylematy etyczne, które ja jak najbardziej rozumiem – o ile usuwanie roślin inwazyjnych nie budzi jeszcze takich sprzeciwów, to już zabicie zwierzęcia należącego do gatunku inwazyjnego nie jest czymś, koło czego przechodzi się obojętnie. Szczególnie, że wśród tych zwierząt są kręgowce, i to takie urocze i puchate. Powstrzymam się od opinii, czy milutkie zwierzęta bardziej zasługują na życie niż te mniej lubiane, ale chyba zgodzicie się ze mną, że zabicie owada pokroju wtyka amerykańskiego wzbudza o wiele mniejsze oburzenie niż zabicie szopa pracza. I tutaj często nie ma dobrego rozwiązania. Kiedy zwierzę już w środowisku jest, to można je albo odłowić i dać dożywocie w odpowiednim azylu – co jest super rozwiązaniem, ale z powodów logistycznych nie zawsze możliwym, albo zabić, co, jak wspomniałam, budzi zupełnie zrozumiały opór, albo pozostawić w środowisku, gdzie będzie dalej wyrządzać szkody i zagrażać bioróżnorodności, co, umówmy się, też nie jest tym, co chcielibyśmy osiągnąć. Jakkolwiek nie mogę Wam dać cudownej recepty na problem gatunków inwazyjnych, która wszystkim by pasowała i była skuteczna, to zamknięcie oczu na problem albo negowanie jego istnienia nie spowoduje, że on zniknie. Tym mało optymistycznym akcentem może tutaj zakończę i pozostawię Was z materiałem do ewentualnych przemyśleń. I oczywiście zachęcam do zagłębiania się w temat bardziej, jeśli to co napisałam Was zainteresowało. A jeśli chcielibyście czasem w przyszłości poczytać u mnie coś jeszcze o gatunkach inwazyjnych – albo o jakimś innym „gorącym” problemie przyrodniczym – to dajcie znać.

Dodaj komentarz