„Paths of pollen” Humphrey

Moją uwagę na tę książkę zwróciły przede wszystkim tytuł i przepiękna okładka ze zdjęciem pokrytego pyłkiem nietoperza. Po skończeniu lektury uważam, że jedną z jej zalet jest właśnie to, że jest… ładna – nie mamy tutaj sprawozdania pisanego w języku naukowym (chociaż stricte naukowe książki też bywają świetnie napisane, vide „The Solitary Bees” Danfortha et al.), ale bardziej reportaż. Nic dziwnego – autor, jak dowiedziałam się ze skrzydełka okładki, nie jest biologiem, ale pisarzem, radiowcem i „społecznym przyrodnikiem” – nie wiem, jak dobrze przetłumaczyć oryginalne „citizen naturalist”.

Początkowo, czytając „Paths pf pollen”, myślałam sobie, że warto by ją było wydać po polsku (ciekawe, czy wydawca przetłumaczyłby tytuł jako „Ścieżki pyłku”, czy skrzywdziłby tę książkę podobnie jak to było z „The mind of a bee” Chittki?). Jednak pod koniec lektury nie byłam już tego taka pewna. Niewątpliwie tematyka jest ciekawa i można się z niej dużo dowiedzieć, a zaletą jest bardzo szerokie ujęcie tematu zapylania – mamy tu i trochę o prehistorii pyłku, i pszczoły – zarówno miodne, jak i nie – i inne zapylacze, takie jak okładkowe nietoperze czy ptaki. Takich książek na pewno przydałoby się na polskim rynku więcej.

Jednak później trafiłam na pewne momenty, w których nie zgadzam się z autorem, i które, moim zdaniem, niekoniecznie nadają się do tego, żeby skonfrontować z nimi czytelnika niebędącego „w temacie” i pozostawić bez komentarza. W jednym z rozdziałów autor opisuje chwasty i gatunki inwazyjne, i w mojej ocenie niewystarczająco stawia między nimi granicę. Zgadzam się z nim oczywiście, że niejednokrotnie ta sama roślina może być zarówno jednym, jak i drugim, czy też że można doszukać się między obiema grupami podobieństw – zarówno chwasty, jak i gatunki inwazyjne często mają tendencję do szybkiego wzrostu i tolerowania niesprzyjających warunków, przez co mogą szybko zwiększać swoją populację w danym miejscu. Jednak o ile „chwast” to określenie, nazwijmy to, użytkowe – oznacza roślinę, która z jakiegoś powodu w danym miejscu jest dla człowieka niepożądana, to „gatunek inwazyjny” został na dany teren sprowadzony przez człowieka i w tym nowym dla siebie środowisku zagraża bioróżnorodności. Dlatego gatunki inwazyjne tępi się, by chronić bioróżnorodność, a rodzime chwasty często są bardzo wartościowymi przyrodniczo roślinami, wręcz potrzebującymi ochrony (w tym przed bezkrytycznym tępieniem). Jeden z rozmówców Humphreya (książka w dużej mierze składa się z rozmów z naukowcami i przyrodnikami) opowiada o planowaniu roślinności w miastach tak, by przygotować się na zmiany klimatu, i sugeruje, żeby sadzić gatunki obce, na miejsce dotąd stosowanych rodzimych, które zaczynają gorzej sobie radzić. Nie jestem zwolenniczką takiego podejścia. Tutaj możecie posłuchać wykładu Wojciecha Zarzyckiego na temat robinii i innych inwazyjnych drzew sadzonych w miastach, z którym się bardzo mocno zgadzam. W innym rozdziale Humphrey mimochodem mówi coś o roślinach, które dziś są obce, a kto wie, może w przyszłości staną się rodzime… No cóż, jeśli w przyszłości zmieni się definicja gatunku rodzimego i obcego, to może. To wszystko są rzeczy, które osoba znające trochę temat przeczyta, jakoś sobie w głowie skomentuje i pójdzie dalej, bogatsza o przeczytanie cudzego punktu widzenia. Natomiast osoba, która o tych zagadnieniach wie niewiele, może moim zdaniem wyciągnąć niewłaściwe wnioski i, co gorsza, może to na przykład wpłynąć na jej decyzje przy uprawianiu ogrodu.

Znalazłam też inne drobne błędy, które – w przeciwieństwie do tego, o czym napisałam wyżej – nie rzutują na moją ogólną opinię o książce, choć ten pierwszy wprawił mnie w zakłopotanie i nabrałam wątpliwości, do jakiego stopnia mogę wierzyć autorowi w informacje, które będą dla mnie nowe. Otóż Humphrey pisze, że nasze paznokcie są zbudowane z chityny – cóż, albo nie wiem o jakichś nowych odkryciach, albo mamy tu do czynienia z dość grubym błędem. W innym miejscu na zdjęciu mamy bzyga, który moim zdaniem należy do innego gatunku niż mówi to podpis.

Czy polecam książkę? Cóż, jeśli macie ochotę przeczytać sympatycznie napisany reportaż o zapylaniu, w którym liczni badacze i osoby zaangażowane w ochronę przyrody przybliżą Wam różne zagadnienia w tej dziedzinie, to powinna Wam się spodobać. Natomiast jeśli chcielibyście podarować ją komuś, kto nie jest przyrodnikiem i dotąd niespecjalnie interesował się przyrodą, to rekomendowałabym jednak inną lekturę 😉

Książka na stronie wydawcy: https://www.mqup.ca/paths-of-pollen-products-9780228018971.php

Dodaj komentarz