Żyjemy w czasach dużych zmian w przyrodzie. Nie są to, niestety, dobre zmiany – wiele gatunków nie radzi sobie z ich tempem oraz z presją człowieka na różnych polach. Spadki liczebności gatunków z najróżniejszych grup, od kręgowców, poprzez owady, do roślin, sprawiają, że mówi się o „szóstym wielkim wymieraniu”. W tym wszystkim są pewne gatunki, którym zmiany klimatyczne wydają się sprzyjać – przynajmniej na razie i przynajmniej w niektórych rejonach ich występowania. Do takich gatunków należy lepiarka bluszczówka.

Lepiarka bluszczówka (Colletes hederae) to niezwykle interesujący gatunek. Została opisana dopiero w 1993 roku, chociaż nie pochodzi z dzikich ostępów Amazonii ani innych niedostępnych ludziom siedlisk, ale z zachodniej i południowej Europy. Po prostu wcześniej nie zwrócono uwagi, że sporych rozmiarów rudawe lepiarki, obsiadające jesienią kwitnące bluszcze, to inny gatunek niż jej znane od dawna siostrzane gatunki, Colletes succinctus czy (niestwierdzony jak dotąd w Polsce) Colletes halophilus. Krótko po opisaniu lepiarki bluszczowej dla nauki, odkryto kolejną interesującą rzecz, mianowicie pszczoła była obserwowana coraz dalej na wschód i północ, w miejscach, gdzie dotąd jej nie stwierdzano. Teraz, kiedy wszyscy już dowiedzieli się, że to odrębny gatunek, nietrudno było ją wypatrzyć – lata późno (mniej więcej od sierpnia do października, a więc szczyt jej występowania przypada na czas, kiedy inne środkowoeuropejskie pszczoły już dawno okres świetności mają za sobą), preferuje bluszcz pospolity (który wprawdzie bywa odwiedzany przez inne lepiarki, jeśli w danym miejscu występują, ale nie jest to ich ulubiona roślina pokarmowa) i jest, jak na lepiarkę, stosunkowo duża (wielkości pszczoły miodnej). Dzięki obserwatorom rozsianym po całej Wielkiej Brytanii, całkiem dobrze dokumentowano „w czasie rzeczywistym” wędrówkę lepiarki bluszczówki na północ tego kraju. Było kwestią czasu, kiedy ten gatunek zostanie zaobserwowany u nas.

Niedawno został opublikowany artykuł z moimi obserwacjami z Polski – i to od razu aż z dwóch miejsc, Górzycy i Krakowa. Biorąc pod uwagę całą historię lepiarki bluszczówki w Europie, możemy się spodziewać, że będzie ona szybko podbijać teren naszego kraju. A może ktoś z Was sfotografował ją już w ubiegłym sezonie gdzieś na południowych albo zachodnich krańcach naszego kraju? Przejrzyjcie swoje zdjęcia, i szykujcie się na nadchodzącą jesień 🙂 Zachęcam do bluszczowych obserwacji, a jeśli spotkacie coś podejrzanego, warto zrobić zdjęcia i np. skontaktować się ze mną albo wstawić obserwacje na portal iNaturalist. Dzięki temu będą mogły zostać wykorzystane do śledzenia przemieszczania się lepiarki bluszczówki w naszym kraju 🙂

Chciałabym w tym miejscu poczynić ważne zastrzeżenie. Lepiarka bluszczówka jest gatunkiem, który przemieszcza się bez bezpośredniego udziału człowieka – nikt go nie przewiózł do Europy z innego kontynentu, tutaj zawsze mieszkała i teraz zwiększa swój zasięg. Dlatego jej pojawienie się w Polsce nas nie martwi – no, może o tyle, że jest to jeden z naocznych dowodów, jak zmiany klimatu zmieniają wiele w życiu gatunków. Lepiarka bluszczówka, ze względu na swój późny czas lotów i specyficzne upodobania żywieniowe, raczej nie powinna też wpływać na życie już obecnych u nas gatunków pszczół. Niedługo prawdopodobnie pojawi się w Polsce inny nowy gatunek pszczoły, miesierka urzeźbiona (Megachile sculpturalis). Z nią sytuacja jest inna, bo pochodzi ona z Azji i została do Europy sprowadzona przez człowieka. W innych krajach rozmnaża się bardzo szybko i obserwowano już jej konflikty z innymi gatunkami dzikich pszczół, na przykład zadrzechniami, które były przez nią wyrzucane z ich gniazd. Jej pojawienie się będzie interesującym wydarzeniem w pszczelim świecie, ale również powodem do niepokoju.

A jeśli chcecie poczytać o historii odkrycia lepiarki bluszczówki, to poniżej kopiuję to, co napisałam na Facebooku Żołny na łowach zaraz po ukazaniu się artykułu:
Dzisiaj światło dzienne ujrzał artykuł o lepiarce bluszczowej (Colletes hederae). Polska fauna pszczół wzbogaciła się tym samym oficjalnie o nowy gatunek. Lepiarka bluszczówka była jednym z gatunków, o których wiadomo było, że prędzej czy później pojawią się na terenie Polski, gdyż w Europie niemalże od jej opisania jako odrębnego gatunku (co miało miejsce w 1993 roku) obserwowano jej wędrówkę na zachód i północ. W Wielkiej Brytanii, gdzie pojawiła się w 2001 roku, do tej pory wolontariusze każdej jesieni dokumentują jej obserwacje, dzięki czemu można całkiem nieźle śledzić „na żywo” rozszerzanie się zasięgu. W Polsce od dość dawna spodziewaliśmy się jej i czekaliśmy – ja też wypatrywałam w ostatnich sezonach, więc trudno powiedzieć, żeby spotkanie było nieoczekiwane… ale towarzyszyła temu cała historia
Trzy lata temu dostałam zaproszenie od Natalii Duer z Fundacja Dziupla Inicjatyw Przyrodniczych na Festiwal Przyrodniczy „Szumiące Trawy” do Górzycy, znajdującej się 450 km od miejsca, gdzie mieszkam, tuż pod naszą zachodnią granicą. Nie mogłam wtedy przyjechać, ale zaproszenie zostało ponowione w kolejnym roku, i w następnym. Za trzecim razem uznałam, że muszę zrobić wszystko, żeby się pojawić, bo czwartego zaproszenia może nie być (już trzy były wyrazem dużej cierpliwości ze strony Natalii!). Festiwal odbywał się we wrześniu – idealna pora na szukanie lepiarki bluszczowej, a do tego miejsce też najlepsze, jakie można sobie wymarzyć – pszczoła szła do nas z zachodu, więc najprędzej mogłaby się pojawić właśnie przy granicy. Poprosiłam Natalię o pomoc w namierzeniu kwitnącego bluszczu, a ona podpowiedziała mi cmentarz komunalny z pięknym, starym okazem rosnącym na murze. Do Górzycy przyjechaliśmy z Krukiem, a na miejscu spotkaliśmy Karolinę z Ahoj Przyrodo!, która również była gościem festiwalu. Pogoda dopisała wyśmienita, było słonecznie i ciepło. Rano w dniu festiwalu, przed jego rozpoczęciem, pojechaliśmy w trójkę pod cmentarz. Nie będę opisywać emocji szukania lepiarki wśród kłębiących się przy kwiatach owadów, bo to trzeba przeżyć
Kiedy zbliżała się godzina rozpoczęcia imprezy i trzeba było się zbierać, pojawiła się ONA. Mignęła tylko przez chwilę i nie udało się jej złapać. Co prawda latanie we wrześniu i odwiedzanie bluszczu jest bardzo mocną wskazówką, że to TEN gatunek, ale potwierdzenie być może pierwszej w Polsce obserwacji gatunku wymaga pewności. Jednym z tematów mojej rozmowy na festiwalu, której nagranie można obejrzeć na youtube (podlinkuję w komentarzu), były poszukiwania lepiarki bluszczówki
W kuluarach też cała (przesympatyczna) ekipa organizatorów musiała wysłuchiwać moich lamentów, że lepiarka była, ale uciekła, i planów na jej poszukiwania. Po południu pojechaliśmy w tym samym składzie co rano na cmentarz, mało tego – pojechaliśmy też na inny, dalszy cmentarz z bluszczem, ale bez efektu. Lepiarki pojawiły się dopiero następnego dnia przed południem, kiedy wróciliśmy na obserwacje sami z Krukiem. Tym razem udało się zebrać dokumentację wystarczającą do potwierdzenia, z kim mamy do czynienia. Wracałam przez pół Polski z dwiema pszczołami w fiolce, jak na szpilkach, bo ostateczne potwierdzenie pod lupą musiało poczekać do powrotu do Krakowa.
A w Krakowie również kwitły bluszcze. Już rok wcześniej chodziłyśmy ze znaną Wam Olą (która pisuje czasem tu na blogu) na Wawel szukać lepiarki. Niedługo po powrocie z Górzycy wybrałyśmy się tam razem. Czekając na Olę, przeglądałam bluszcz – i ku mojemu, mimo wszystko, zaskoczeniu, pokazała się samica lepiarki bluszczówki! Kiedy Ola dotarła na miejsce, przyleciała jeszcze jedna samica.
Lepiarka bluszczówka jest dość charakterystyczną pszczołą i wprawdzie niewprawionemu w pszczołach obserwatorowi łatwo jest ją pomylić nawet z miodną, ale z drugiej strony tych wprawionych trochę mimo wszystko w Polsce mamy, a jedni i drudzy robią zdjęcia i dzielą się swoimi obserwacjami. Dlatego moim zdaniem mało prawdopodobne jest, żeby lepiarka zdążyła przekroczyć granicę na zachodzie, a potem pokonać całą drogę aż do Krakowa, przez nikogo niezauważona w międzyczasie. Pokonanie 450 kilometrów musiałoby jej zająć kilka sezonów i wiązać się z osiągnięciem trudnej do przeoczenia liczebności. Ale jest inna, bardzo ciekawa alternatywa – bluszczówka mogła przekroczyć naszą granicę jednocześnie w dwóch miejscach. Od zachodu miała łatwo, dzieliła ją tylko Odra, a to, umówmy się, nie jest bardzo problematyczna bariera dla latającego owada, który w ostatnich latach podbił kawał Europy. Z kolei od południa mamy góry, ale tu z pomocą przychodzi Brama Morawska – być może to właśnie przez nią nasza pszczoła dotarła do Polski.
Mamy zatem nowy gatunek w naszym kraju. Co dalej? Ano, zapewne będzie dalej się rozprzestrzeniał na północ i wschód. Warto śledzić i dokumentować tę wędrówkę, a więc jeśli dobrnęliście aż dotąd w czytaniu tego posta, to już planujcie sobie czas na jesień na obserwacje na kwitnących bluszczach


Dodaj komentarz