To będzie post narzekająco-przestrzegający, a powstał dzięki Emilii Marjańskiej, która przysłała mi zdjęcia, które tutaj widzicie. Tematem są hotele dla owadów, a konkretnie dla pszczół. Co prawda hotele mogą być, w zależności od tego, co się tam w środku umieści, przeznaczone również dla innych gatunków, ale na innych grupach zbyt mało się znam, żeby komentować, a poza tym na zdjęciach widać, że przynajmniej górna część tych domków jest przeznaczona właśnie dla pszczół oraz innych błonkówek gniazdujących w nadziemnych, gotowych szczelinach.

Ogólnie rzecz biorąc, nie jestem przeciwniczką hoteli dla owadów, ale przyznaję, że to trudny temat, a ich stawianie to aktywność dość ryzykowna – można popełnić naprawdę sporo błędów. Tutaj niestety zostały popełnione błędy wręcz kardynalne. Spójrzcie na otoczenie domków – czy oprócz tych nasadzonych krzaczków (czy ktoś wie, co to jest i czy to w ogóle zamierza w przyszłości kwitnąć?) i betonu widzicie gdzieś miejsce, do którego mieszkańcy tego domku mogliby latać po pyłek i nektar (w przypadku pszczół), ewentualnie drobne bezkręgowce (w przypadku bolic czy innych drapieżnych błonkówek)? Bo ja nie. Przypomnę, że dzikie pszczoły latają zazwyczaj do kilkuset metrów od gniazda, niektóre nawet mniej, a odległość powyżej kilometra jest osiągalna tylko dla niektórych gatunków i wiąże się z dużym wysiłkiem, a co za tym idzie – zmniejszoną produkcją potomstwa. Ktokolwiek postawił te domki, najwyraźniej zapomniał o zasadzie, że oprócz hotelu trzeba owadom zapewnić stołówkę w pobliżu, inaczej to wszystko jest bez sensu. To niestety nie jest odosobniony przykład tak tragicznego usytuowania hotelu dla owadów – widziałam (na żywo bądź na zdjęciach) hotel ustawiony na środku wykostkowanego miejskiego rynku czy na wysypanej zrębkami i obsadzonej tujami „wysepce” obok parkingu. No naprawdę, w budowie domków są o wiele bardziej skomplikowane rzeczy niż usytuowanie w odpowiednim miejscu (o jednej z nich niżej), a zadbanie o pokarm to podstawa podstaw! Emilia powiedziała mi, że niedaleko tych domków jest przedszkole. Może zostały postawione w ramach zorganizowanej przez nie akcji dbania o przyrodę? Smutno się robi, kiedy się pomyśli, jaką naukę wyniosły z tego przedszkolaki, bo na pewno nie dowiedziały się w ten sposób, jak prawidłowo dbać o owady.

Wspominanie o konstrukcji domku w tej sytuacji jest jak kopanie leżącego, ale moją uwagę zwraca tutaj też średnica rurek. Emilia jej nie mierzyła, ja nie mam takiej możliwości, ale mam bardzo mocne podejrzenia, że nie przestrzegano tutaj zaleceń, by największe rurki nie miały więcej niż 8-10 mm średnicy. Żyjące u nas owady będące potencjalnymi mieszkańcami takich domków są raczej małe – pospolita murarka ogrodowa zajmuje rurki ok. 5-8 mm wewnętrznej średnicy, a jest jedną z większych pszczół spotykanych w hotelach. Otwory 2-3 mm spokojnie można uwzględnić, budując hotel. Z kolei duże średnice nie są potrzebne (mniejsze owady mogą je czasem zająć, ale nie jest to dla nich optymalne miejsce gniazdowania), a w przyszłości, kiedy dotrze do nas inwazyjny gatunek miesierki – Megachile sculpturalis – która jest duża, to takie domki będą jej ułatwiać rozmnażanie i dalsze postępowanie inwazji.

Jaki można wyciągnąć morał z tej historii? Po pierwsze, jeśli chcecie postawić domek dla owadów, poczytajcie najpierw o tym, jak zrobić to dobrze – i doradzałabym nie zatrzymać się na pierwszym lepszym wyniku wyszukiwarki internetowej – i przede wszystkim, na litość, stawiajcie go w miejscu, gdzie mieszkańcy domku znajdą jedzenie. Po drugie, jeśli macie do dyspozycji taki skrawek ziemi jak tu na zdjęciach, to nie idźcie w domki, tylko zacznijcie od jedzenia – posiejcie łąkę kwietną z dobrej mieszanki z rodzimymi roślinami, albo pozwólcie wyrosnąć dzikim roślinom i koście je rzadko, posadźcie jakieś rodzime, kwitnące i owocujące krzewy. Wtedy jest szansa, że nawet bez domku, owady w takim miejscu się pojawią. Bo w tym domku ze zdjęć raczej nic nie zamieszka, a jeśli, to nie wróżę mu zbyt dobrej przyszłości.


Dodaj komentarz