Mewy na osiedlu

Jadąc dzisiaj rano autobusem przez Kraków, zobaczyłam przez okno na osiedlowym trawniku małe stadko gołębi i mew śmieszek, szykujące się do pożarcia wysypanego chleba. Ten widok stał się inspiracją dla kilku wątków, które niniejszym poruszę.

Po pierwsze, niedługo po zamieszkaniu w Krakowie, pewnie już pierwszego roku, zauważyłam taką zaskakującą dla mnie prawidłowość – otóż o ile latem w mieście do wyrzucanego przez ludzi chleba przylatują w wielkich ilościach słynne już krakowskie gołębie, to nadchodzącą zimę można poznać po tym, że po chleb zaczynają się zgłaszać również mewy. Pamiętam moje zdziwienie, kiedy pierwszy raz zobaczyłam stado śmieszek na trawniku między blokami. Nad Wisłą jeszcze taki widok był jakoś zrozumiały (chociaż dla wielu osób wciąż ptaki w mieście to tylko rybitwy, a mewy kojarzone są wyłącznie z morzem), ale na osiedlu? Teraz już się przyzwyczaiłam 🙂

Po drugie – problem dokarmiania zwierząt w mieście. Dokarmianie było, jest i będzie, co do tego nie mam wątpliwości. Czy zwierzęta potrzebują dokarmiania zimowego, szczególnie przy łagodnych zimach ostatnich lat, jest sprawą dyskusyjną, ale karmniki mają pewne zalety, takie jak stwarzanie dobrego miejsca do obserwacji oraz narzędzia edukacji, czy bycie miejscem prowadzenia badań naukowych (swoją drogą, właśnie trwa Akcja Karmnik). Jednak to, co dziś widziałam, stanowiło przykład ciemnej strony miejskiego dokarmiania. Na trawniku wylądował chleb, i to w całkiem dużej ilości. Nie jest to zdrowe jedzenie nawet dla żelaznych żołądków mew czy gołębi. To, czego ptaki nie zjedzą, stanie się pożywieniem dla szczurów albo dzików, czyli zwierzaków, których nie chcemy zapraszać do miast. W przypadku szczurów nie wymaga to chyba uzasadnienia, z kolei wokół dzików narosło trochę mitów, ale jakkolwiek nie są to potwory tylko czekające, aby się na nas rzucić, to kuszenie ich resztkami jedzenia do buszowania po mieście jest ostatnim, czego wszyscy potrzebujemy.

Po trzecie – mewy to obrączki. W czasie studiów zimą robiłam sobie wycieczki z lornetką nad Wisłę, gdzie szukałam rzadko pojawiających się w mieście gatunków (kiedyś wypatrzyłam dwa nury, a kiedyś sterniczkę), ale też szukałam ptaków z obrączkami i próbowałam odczytać numery. Kiedy się udało, można było wysłać informację o obserwacji do Krajowej Centrali Obrączkowania i po jakimś czasie (czasem krótszym, czasem dłuższym) można było poznać historię danego osobnika – gdzie i kiedy został zaobrączkowany i gdzie później go widywano.

A na zdjęciu śmieszka znad Wisły, zaobrączkowana w Czechach jako pisklę, mniej więcej dwa lata przed zrobieniem tego zdjęcia. Poza mną do dziś nikt nie odczytał jej obrączki, a przynajmniej nie zgłosił tego ornitologom.

Dodaj komentarz