Kolejna z moich ulubionych książek o pszczołach. Zamówiłam ją w przedsprzedaży, trochę ze względu na okładkę i zachęcające zapowiedzi, i nie żałowałam. Zaskakująco szybko została przetłumaczona na język polski, ale o tym napiszę na koniec.


Kończyłam czytać tę książkę w pociągu z Gdańska. Na gorąco pisałam o niej tak:
Wracając z Gdańska po świętowaniu Dnia Pszczół (a w praktyce Weekendu Pszczół), skończyłam czytać „The Mind of a Bee”. Niech rekomendacją tej książki będzie to, że traktuje głównie o pszczole miodnej, który to gatunek nie jest w centrum moich zainteresowań, a jednak uważam ją za jedną z najlepszych rzeczy, jakie ostatnio przeczytałam. Bo tematem nie jest tutaj różnorodność gatunków ani ich stylów życia, ale, nazwijmy to, właściwości i możliwości pszczelich umysłów. Ponieważ miodna (a zaraz po niej trzmiele) jest najbardziej przebadanym gatunkiem, to również w tym temacie najwięcej eksperymentów robiono właśnie z jej udziałem. A wyniki są naprawdę niesamowite. Z tej książki można dowiedzieć się, że pszczoły potrafią świetnie się uczyć, czasem szybciej niż ludzkie niemowlęta; mają indywidualne osobowości (tak, „personality” to termin stosowany w nauce w odniesieniu również do pszczół i opisuje indywidualne różnice w zachowaniach i reakcjach na różne sytuacje); mogą być pesymistkami lub optymistkami, zależnie od doświadczonych sytuacji.. A nawet jeśli już wcześniej uważaliście, ze owady mogą myśleć, to po przeczytaniu tej książki zdziwicie się, jakie bogate musi być ich życie wewnętrzne.
I jeszcze opis jednego z licznych opisanych w książce eksperymentów:
Badacze postawili sobie pytanie, czy pszczoły (tak, trzmiele to też pszczoły) mają w swoich umysłach jakieś wyobrażenie obiektów z rzeczywistego świata, czy też informacje dostarczane przez poszczególne zmysły są niezależne. Innymi słowy – czy pszczoła, szukając kwiatu dającego pyszny nektar, szuka obiektu, który ma jakiś kształt, fakturę, jest trójwymiarowy, czy może zapamiętuje osobno poszczególne wrażenia zmysłowe, na przykład obraz kontrastujących z tłem płatków kwiatu, dotyk ich powierzchni, nie łącząc tego ze sobą i nie mając żadnej jednej „koncepcji kwiatu” danego gatunku?
Badacze dali trzmielom karmniki w dwóch kształtach: kuli oraz sześcianu. Tylko jeden z kształtów zawierał cukier i owady musiały zapamiętać, który. Normalnie jest to dla trzmieli dość banalne zadanie – są w stanie bardzo szybko zapamiętać, gdzie dostają pokarm, używając najróżniejszych wyznaczników, takich jak kolor, kształt czy nawet ładunek elektryczny. Tutaj jednak był pewien haczyk. Grupa trzmieli najpierw uczyła się korzystać z karmników, które widziały, ale których nie mogły dotknąć – były one oddzielone od nich przezroczystą szybką, z dziurką, przez która można było wsunąć języczek do karmnika. Kiedy nauczyły się, który z kształtów daje pokarm, badacze zdjęli szybkę i… zgasili światło. Oczywiście układ karmników w każdej próbie był zmieniany, żeby trzmiele nie nauczyły się po prostu tego, gdzie stoi jedzenie. Jedyną wskazówką w ciemności co do lokalizacji pokarmu był kształt karmnika, który trzmiele mogły „wymacać”. Druga grupa trzmieli została poddana zadaniu odwrotnemu – uczyły się korzystania z karmników w ciemności, a gdy zapamiętały, który z dwóch kształtów daje pokarm, kazano im wybierać między karmnikami oświetlonymi, ale oddzielonymi pleksą. Co się okazało? Obie grupy poradziły sobie z tym zadaniem. Trzmiele, które nigdy wcześniej nie widziały kształtu karmników, wybrały ten właściwy tylko na podstawie wcześniejszego ich obmacania. Te, które wcześniej tylko oglądały je przez szybę, przy pomocy dotyku rozróżniły, który jest który. Taki wynik sugeruje, że trzmiele, widząc lub oglądając obiekt, tworzyły sobie jego „wyobrażenie”.
Znacie te zabawy, gdzie trzeba włożyć rękę do pudełka i wymacać konkretny przedmiot spośród kilku różnych, albo zgadnąć, czego w danym momencie się dotyka? Wychodzi na to, że trzmiele też mogłyby się w takie coś bawić.
Duża część opisywanych przez Chittkę badań to takie, które sam (to znaczy, nie sam, ale ze swoim zespołem 😉 ) wykonywał. Bez wątpienia zatem wie, o czym pisze.

Tak jak wspominałam na początku, książka doczekała się polskiego tłumaczenia. Według mnie bardzo zasługuje na to, żeby dotrzeć do polskich czytelników, również tych, którym niekoniecznie po drodze z angielskim słownictwem z zakresu badań na pszczołach. Szkoda tylko, że wydawnictwo zmieniło tytuł (zamiast dosłownego przetłumaczenia na „Umysł pszczoły”, który to tytuł krótko i zwięźle mówi, o co chodzi, mamy nic niemówiące „Pszczoły” z więcej mówiącym, ale przydługim podtytułem „Krótki lot w głąb niezwykłych umysłów”). Jeszcze gorsza jest okładka, na której – zamiast przepięknej pszczoły storczykowej – mamy produkt pszczołopodobny najprawdopodobniej wygenerowany przez AI. Słyszałam w internetowych kuluarach, że w drugim wydaniu okładka ma zostać zmieniona – oby!

Tutaj zobaczycie książkę na stronie wydawcy, a tutaj link do polskiego wydania na LubimyCzytać.


Dodaj komentarz