Dzika przyroda na trawniku

Nieodmiennie zachwyca mnie, jak ciekawe pod względem przyrodniczym potrafi być miasto. W miejskim parku można spotkać uszatkę, dzięcioła zielonego albo droździka na przelocie, a w lichym lasku pięćset metrów od domu – puszczyka uralskiego (tak, wszystkie te przypadki mi się przytrafiły). A co można spotkać na miejscu takim jak na zdjęciu?

Tak, dobrze widzicie, chodzi o ten kawałek z nieco wyższymi roślinami na pierwszym planie. To miejsce moich może godzinnych obserwacji, których efekty opisuję niżej, można było przejść wzdłuż w trzech krokach, a wszerz w jakichś pięciu.

Trawniczek osiedlowy jakich wiele, nie skoszony „na zero” (i super!), ale też nie jakoś wybitnie zapuszczony. Te większe rośliny to, jeśli się nie mylę, lucerna, w każdym razie na pewno coś z rodziny motylkowatych (Fabaceae). Ale to wystarczyło, żeby dokonać tutaj obserwacji, które niesamowicie mnie ucieszyły. Dodam tylko, że skupiałam się głównie na pszczołach, więc możliwe, że ciekawych obiektów obserwacji było więcej, tylko nie zwróciłam na nie należnej uwagi 🙂

Praktycznie zaraz po przyjściu w to miejsce, pokazała się pierwsza „bomba” – taki piękny trzmiel. W oznaczaniu przedstawicieli tego rodzaju nie jestem biegła, może napiszę kiedyś osobny post o tym, jak bardzo nie umiem oznaczać trzmieli i pszczół w ogóle 😉 Moim pierwszym skojarzeniem przy tym samcu był trzmiel zmienny (Bombus humilis) – jak sama nazwa wskazuje, bywa zmienny w ubarwieniu. Niemniej, mam też parę innych typów, między którymi nie mogę się zdecydować. Być może pomoc w postaci oznaczenia nadejdzie z internetu. W każdym razie, kimkolwiek by nie był, był naprawdę śliczny.
„Znajdź trzmiela”. Na kwiatach żerowało też kilka trzmieli rudych. Niektóre z nich były bardzo ładnie wybarwione, rudy miał ciemny, intensywny lisi odcień – niestety nie udało mi się zrobić dobrego zdjęcia (po prawdzie, nie starałam się bardzo, byłam bardziej skupiona na innych pszczołach…
Dla tej pszczoły przyszłam w to miejsce. Bo nie była to przypadkowa wizyta – ta kępa kwiatów zwróciła moją uwagę parę dni temu, kiedy szłam ze sklepu. Zauważyłam przy niej pszczoły, które podejrzewałam o bycie spójnicami (Melitta). Przedstawicielki tego rodzaju są oligolektczne, to znaczy mają swoje ulubione kwiaty, z których zbierają pyłek. Mam na koncie już jeden zobaczony gatunek z tego rodzaju, spójnicę krwawnicową (Melitta nigricans), żerującą na krwawnicy. Ta jest, jak przypuszczam, spójnicą lucernową (Melitta leporina). Wnioskuję tak na podstawie odwiedzanych kwiatów, bo niestety nie potrafię (jeszcze?) rozróżnić ich po wyglądzie.
Tym razem nie miałam tyle szczęścia co wcześniej i spotkałam tylko samce. Złapałam jednego, żeby się upewnić, że to spójnica. Na zdjęciu widać lekko rozszerzone końce stóp, chrakterystyczne dla spójnic, również użyłkowanie skrzydła się zgadzało. Samiec, jako potwierdzona spójnica, mógł po chwili odlecieć do swoich spraw.
https://justynakierat.files.wordpress.com/2020/08/obraz-25.png
A oto miesierka. Kuzynka murarki, co można poznać po obfitym owłosieniu spodniej strony odwłoka. Tutaj gromadzony jest pyłek, który samiczka zaniesie do gniazda.
Wśród traw ukrywał się też nieco wystrzępiony motyl modraszek.

W tym zestawieniu pominęłam między innymi pszczoły miodne, rozmaite muchówki (w tym kilka gatunków bzygów i łowika ze zdobyczą, któremu nie udało mi się zrobić dobrego zdjęcia), skaczące wśród trawy pasikoniki, jakiegoś grzebacza (który jednakowoż usiadł na psiej kupie, więc zdjęcie wyszło mało estetyczne – swoją drogą, że też jakiś piesek musiał się załatwić akurat w tych właśnie kwiatach…) i kolcoroga bizoniaka, który jest gatunkiem obcym i inwazyjnym w naszym kraju, więc niespecjalnym powodem do radości, ale nie można mu odmówić urody.

Przypomnę, te wszystkie zdjęcia są z miejsca, które widzicie na pierwszej fotografii. Trzeba przyznać, że całe osiedle jest dość ukwiecone, dzikie rośliny kwitną również na innych fragmentach trawnika, a nieco dalej są całkiem zadbane „przyblokowe” ogródki. Kępa kwiatów pośrodku czystego betonu nie zaspokoi potrzeb owadów. Jednak na szczęście w naszych miastach jak na razie trochę tej zieleni się chowa. Jeśli zastanawiacie się, czy mając maleńki kawałek ogródka warto go trochę „zapuścić”, albo czy nieskoszenie jednej kwitnącej akurat kępy kwiatów pośrodku trawnika zrobi jakąś różnicę, to tak – zrobi i warto 🙂

Jedna odpowiedź do „Dzika przyroda na trawniku”

  1. Święta prawda! Przyroda jest wokół nas, wystarczy się tylko rozejrzeć. Czasami potrzeba lupy, czasami lornetki, ale zazwyczaj wszystko widać gołym okiem. Trzeba się tylko na chwilę zatrzymać – popatrzeć pod nogi, w niebo, na drzewo albo tam, gdzie przed chwilą nasz piesek zrobił kupkę. 😉 Pozdrawiam serdecznie!

    Polubienie

Dodaj komentarz